Wilno zdobyte

Region

Zakończył się charytatywny rajd rowerowy organizowany przez grupę „Zdrowy Rower”. Poniżej prezentujemy dziennik podróży Kamila Nadolnego, jednego z uczestników wyprawy.

Wtorek   06.07.10  – „dzień zero”

Około 24.00
Jestem na nogach od 8 rano. Cała grupa załatwia jakieś sprawy, aby wszystko było zorganizowane tak jak chcemy. Do późnego południa załatwiałem jeszcze sprawy z odebraniem roweru i wyrobieniem paszportu. O 15.00 przyjechałem na tor kolarski BGŻ Arena gdzie miałem czekać na uczestników. Załatwiliśmy nocleg pod namiotami na Linlandii, zaraz pod samym torem. Umówiliśmy się z ludźmi żeby przyjechali dzień wcześniej. Chcieliśmy się w ten sposób zintegrować i ruszyć rano całą ekipą. Ludzie zaczęli się powoli zjeżdżać, a nasze plany pokrzyżowała okropna pogoda. Zaczął padać spory deszcz. Niby nic, ale nie chcieliśmy takich warunków na noc zaraz przed wyjazdem. Zależało nam na tym, aby ludzie czuli się dobrze i wstali rano wyspani. Sprawę udało się na szczęście załatwić w prosty sposób. Panowie z  ochrony BGŻ Arena pozwolili nam przespać się w jednym z pomieszczeń toru kolarskiego. Przynajmniej jedna sprawa została załatwiona porządnie i ludzie mogli spać w suchym miejscu.

Około 19.30 przyjechała straż miejska z osprzętem do znakowania rowerów. Przyjeżdżali nawet ludzie, którzy nie jechali z nami na wyprawę .Łącznie oznakowano 16 rowerów.

Po 21 wróciłem żeby pożegnać się ze swoją dziewczyną, która niestety nie może z nami jechać. Chłopaki we trzech zostali pilnować całej ekipy więc raczej nic nie powinno się stać.

Środa   07.07.10 – „Dla Leszka! ”
 

Około 20.30
Początek wyprawy był niesamowity. Już od 9 rano zaczęły się zjeżdżać media, a my w pośpiechu pakowaliśmy rzeczy. Był TVN 24, STK i Antyradio oraz ludzie z Domore.pl i fundacji Możesz. Rzeczy wrzucaliśmy do samochodu technicznego, który prowadził nasz kolega, więc z bagażami nie było żadnego problemu.

Tor kolarski rozstawił nam balon w kształcie bramy z napisem start. Zebraliśmy się tam punkt 10.00. Były media, policja, nasi rodzice, rodzina Leszka dla którego jedziemy i Tomasz Zubilewicz, który przepowiadał nam pogodę na wyjazd.  Ruszyliśmy odprowadzani przez Policję i Straż Miejską. Jechałem na przodzie prowadząc całą grupę i w pewnym momencie lekko się wzruszyłem, że udało nam się tyle załatwić. Było to dla mnie coś niesamowitego, że nasza wyprawa Open wzbudziła aż takie zainteresowanie…     
       
Gdy dojechaliśmy do wiaduktu policjant włączył syrenę i zatrzymał cały ruch na ulicy żebyśmy mogli w spokoju przejechać. Jechaliśmy w kordonie policji przez całe miasto zatrzymując ruch na większych ulicach. Policja odprowadziła nas do granicy powiatu, gdzie serdecznie podziękowaliśmy za obstawę i skorzystaliśmy z chwili czasu aby zrzucić grubsze ubrania, które nie były już potrzebne, bo powoli wychodziło słońce.

Mniej więcej na granicy powiatu odłączył się od nas Piotrek z Adamem którzy wrócili na start aby pomóc sprzątać. Mieliśmy się spotkać dopiero na rondzie Żaba już za Wisłą. Zostałem więc sam z  Tomkiem i 20 osobową grupą do pilnowania. Na szczęście pomagała nam Patrycja, która rok temu jechała z nami do Francji, więc nie było większych problemów.

Drogę pokonaliśmy bez większych przeszkód i około 13 dotarliśmy na umówione miejsce.  Postój zajął nam mniej więcej godzinę. Dołączyły się do nas jeszcze 2 osoby i poczekaliśmy na przyjazd Piotrka z Adamem. Zaraz przed 14 ruszyliśmy w pełnym składzie trasą do Radzymina. Część trasy jechaliśmy szerokim, asfaltowym poboczem, ale w końcu pojawił się znak zakazu przejazdu dla rowerów, więc musieliśmy zboczyć w mniejsze drogi.  Tak czy inaczej do Radzymina dojechaliśmy bez większych problemów.

W Radzyminie dowiedzieliśmy się, że przy trasie do Wyszkowa jest również asfaltowa droga dla rolników którą powinniśmy pojechać. Ominęliśmy więc część miasta i wjechaliśmy na drogę która rzeczywiście ciągnęła się aż do samego Wyszkowa. Jechaliśmy blisko trasy ale praktycznie bez żadnych samochodów. Pokonaliśmy w ten sposób około 50 km. Do Wyszkowa dojechaliśmy zaraz po 20. Nocleg mieliśmy już załatwiony telefonicznie w schronisku szkolnym. Mogliśmy spać w namiotach albo w pokojach. Tylko 4 dziewczyny zdecydowały się na pokoje. Reszta spała w namiotach. Pogoda była świetna, więc pewnie dlatego większość wybrała nocleg na świeżym powietrzu.

Zapłaciliśmy po 10 zł od namiotu, a dziewczyny po 15 zł od osoby za pokój. Zrobiliśmy tego dnia prawie 100 kilometrów jadąc od 10 rano do 20.

Czwartek   08.07.10

Około 17.00
Wstaliśmy o 7 rano. Wyjazd zaplanowaliśmy na 9, ale nic z tego nie wyszło. Był to nasz pierwszy nocleg pod namiotami, więc ludzie się strasznie ociągali. Zanim załatwiliśmy sprawy z opłatami za nocleg i zrobiliśmy zakupy w markecie było już grubo po 10.

Z Wyszkowa wyruszyliśmy w kierunku Goworowa, gdzie załatwiłem telefonicznie nocleg na terenie gimnazjum. Po drodze niewiele się działo. Jechaliśmy po wiejskich dróżkach, gdzie niewiele było samochodów. Poza złapaną gumą przez Piotra nic ciekawego się nie wydarzyło.

Do celu dojechaliśmy już około 16. Warunki noclegowe mamy świetne ! Czekał na nas dyrektor szkoły, który jako WFista poparł naszą ideę i użyczył nam boiska szkolnego do rozstawienia namiotów.  Mieliśmy też dostęp do łazienek i 400 metrów do rzeczki , więc wszyscy na spokojnie się umyli.  Plan na resztę dnia jest prosty – rozstawiamy namioty, idziemy coś zjeść do jakiegoś baru i napić się piwka, oblać pierwsze duże wpłaty dla Leszka.
Tego dnia wyemitowany został materiał o nas w TVN24.
 
Po 24…
Wróciliśmy troszkę po 23…. W Barze poza nami nie było nikogo więc mieliśmy spokój. Każdy coś zjadł i napił się piwa. Zrobiliśmy dziś niewiele ponad 50 kilometrów w 3 godziny jazdy. Idziemy spać z zamiarem wyjazdu jeszcze przed 9 rano. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Dzisiaj śpimy za darmo dzięki uprzejmości dyrektora w Goworowie.

Piątek   09.07.10  – „Rakieta”

9.00 – zaraz przed wyjazdem.
Mamy małe opóźnienie, ale myślę że wyjedziemy kilka minut po 9. Planujemy dojechać dziś do Małego Płocka, gdzie Piotrek załatwił nam nocleg w  Gimnazjum. Mamy przed sobą ponad 70 kilometrów. Żar leje się z nieba… zobaczymy jak będzie…
 
Około 12.00
Siedzimy w Ostrołęce. Pierwszy etap wyprawy za nami. Przy wjeździe do miasta Hania źle podjechała pod krawężnik i spadła z roweru na kolano. Ma rozcięta skórę i chyba mocno potłuczone kolano. Zobaczymy za jakiś czas czy będzie mogła jechać dalej.

W mieście spędziliśmy ponad godzinę. W międzyczasie okazało się, że Hania musi jechać w samochodzie. Rower założyliśmy na hak, więc wszystko gra. Piotrek poszedł się przejść i kupił w jakimś sklepie 4 gwizdki. Mieliśmy gwizdać kiedy będziemy widzieli nadjeżdżający samochód. Skończyło się na tym, że gwizdaliśmy wszyscy naraz jakieś melodyjki i denerwowaliśmy całą grupę 🙂
 
Przed 24.00
Z Ostrołęki do Małego Płocka mieliśmy w miarę prostą drogę przez okoliczne wsie, więc grupa się mocno podzieliła. W połowie drogi zaczęły się małe wzniesienia, co niektórzy mocno odczuli w nogach. Zgubiliśmy gdzieś po drodze Adama i Berę. Jak się później okazało zrobili ponad 20 kilometrów więcej niż my…

Wjazd do Małego Płocka był niesamowity. Zaraz za granicą gminy złapała nas straż pożarna i odprowadziła do samej szkoły. Przy wjeździe czekała na nas obstawa złożona z członków straży pożarnej. Przyjechała jeszcze Straż Gminy i miejscowy reporter. Wszystko wyglądało dość niesamowicie… Nie spodziewaliśmy się takiego przyjęcia…

Okazało się, że w szkole nie ma pryszniców, co niektórych mocno rozczarowało. Jechaliśmy cały dzień w skwarze i każdy chciał się umyć. Z pomocą przyszedł nam kierowca straży pożarnej, którego okoliczni nazywali „Rakieta”. Strażak odjechał na mała polankę, gdzie zebraliśmy się wszyscy z mydłami i rozpylił wodę strzelając z ogromnej sikawy 😉 nigdy czegoś takiego nie przeżyłem ! woda była lodowata ale obmywała nas z całego zmęczenia dzisiejszego dnia… To było niesamowite przeżycie ! Zaraz po prysznicu poprosiłem Rakietę, żeby strzelił w kilku z nas takim ciśnieniem wody jakim rozganiało się tłumy ludzi na demonstracjach.  Siła uderzenia była niesamowita. Super Piotr przeleciał 3 metry po trawie a ja złapałem majtki na wysokości kolan. Podobno była to tylko 1/3 mocy tej maszyny… „Walka” z żywiołem wprawiła nas w niezłe humory. Mieliśmy dostęp do niemal całej szkoły, małej kuchni, a nawet sali informatycznej. Rozpakowaliśmy się na spokojnie. Niektóre z dziewczyn lekko przesadziły i musieliśmy w pewnym momencie rozgonić towarzystwo, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze, tylko one się troszkę nie wyspały.

Zrobiliśmy tego dnia niewiele ponad 70 kilometrów. Kolejny raz śpimy za darmo. Przyjęli nas tutaj naprawdę po królewsku…



Sobota    10.07.10 –  „Taxi”

Późna noc… grubo po 24.00
Zaraz po 7 przyjechała straż pożarna i Rakieta usiadł ze mną przy mapie żeby pomoc nam wybrać trasę. Z Piotrkiem ustaliłem jeszcze wczoraj ze pojedziemy okolicznymi wsiami – GPS pokazał ze będziemy mieli w ten sposób ponad 140 km ale na szczęście strażak wybił nam to z głowy. Naradziliśmy sie wszyscy i stwierdziliśmy ze pojedziemy jednak główną trasa od Szczuczyna do samego Augustowa czyli jakieś 70 km po ruchliwej drodze. Z Małego Płocka do wsi Kolno jechaliśmy w obstawie straży pożarnej – jakieś 15 km. Rozstaliśmy się z Rakietą i pożegnaliśmy z wójtem oraz Panią Dyrektor szkoły zaraz przy wjeździe na drogę do kolejnej miejscowości. To co zrobili dla nas w Małym Płocku bardzo dużo dla nas znaczy… 🙂

Do Szczuczyna dojechaliśmy bez większych problemów. Musieliśmy poczekać jak zawsze z godzinkę aż wszyscy dojadą i znajdą się w jednym mieście, ale nie było źle. Ustaliliśmy ze widzimy się w Grajewie i każdy jedzie własnym tempem. Ludzie dobrali się w grupki, założyli odblaskowe koszulki i jakoś ruszyliśmy.

Do Grajewa dotarliśmy  po mniej więcej godzinie i poszliśmy sporą grupą na pizze. Część ekipy pojechała dalej sprawdzić czy rzeka którą widzieliśmy na mapie jest dobra do kąpieli. My ruszyliśmy dużo później ale w końcu wszyscy spotkaliśmy się nad rzeka Ełk na przyjemnej plaży. Pokąpaliśmy się z godzinkę i ruszyliśmy w kierunku Augustowa. Nadal jechaliśmy mocno podzieleni. Ja, Adam i Piotrek wystrzeliliśmy do przodu zmieniając się cały czas na kole, więc do tablicy Augustów dojechaliśmy jako pierwsi. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej i postanowiliśmy zaczekać na wszystkich. Nocleg był już jakieś 5 kilometrów przed nami i chcieliśmy wjechać do miasta całą grupą. W sumie czekanie trwało ponad 1,5h. Spotkaliśmy dwie kobiety, które też są z Mazowsza i w ramach urlopu jeździły po mazurach. Powiedziały że widziały nas na TVNie i ze wspomogą akcję. Zrobiło się nam bardzo miło…

Po 1,5h czekania mieliśmy już wszystkich poza Atomówkami (tak nazywaliśmy trzy dziewczyny, które w nocy nie chciały spać, a rano nie miały siły), które pewnie się znudziły jazdą… Super Piotr (Piotrek Ż.) zmartwiony postanowił po nie pojechać. Jak się wkrótce okazało dziewczyny były dopiero w Grajewie, więc zebraliśmy grupę i ruszyliśmy w niepełnym składzie do Augustowa. W mieście byliśmy tylko chwilkę. Odebraliśmy nowego członka drużyny – Pana Lucjana, seniora, który postanowił razem z nami zdobyć stolicę Litwy . Okazało się, że Pan Lucek jest porządnie przygotowany więc nie miałem wątpliwości, że uda nam się jakoś połączyć pokolenia.

Nocleg mięliśmy na polu namiotowym, nad samym jeziorem za 5 zł od osoby. Byliśmy mega szczęśliwi ale dziewczyn nadal nie było. Klaudia dostała chyba lekkiego udaru. Jechała w kasku, ale chyba po prostu przegrzała organizm. Najwyżej wsadzimy ją rano do samochodu i zrobi sobie jeden dzień przerwy. Mijały godziny a dziewczyny nadal „jechały”…  Odezwały się dopiero przed 22 i okazało się ze nadal są w Grajewie i nie chce im się dalej jechać. Nasz kierowca się lekko zdenerwował, bo musiał pojechać jako taksówka aż po 3 osoby, a nie było tyle miejsc w samochodzie, więc byłby problem gdyby zatrzymała go policja. Wrócili po mniej więcej godzinie. Grupa przestaje juz szanować wybryki naszej paczki Atomówek. W międzyczasie wszedłem do wody i zrobiłem pokaz plucia ogniem. Zanurzałem sie do szyi i plułem tak, że wyglądało to, jakby ogień wychodził bezpośrednio z wody. Nie byłem zadowolony z pokazu…  Dawno tego nie robiłem i czułem, że płomienie mogły być większe, ale innym się chyba podobało…

Idziemy spać. Nocleg mamy po 5 zł od osoby – taniej już chyba nie można. Zrobiliśmy dzisiaj prawie 110 kilometrów i dla wielu uczestników naszej wyprawy był to pierwszy raz kiedy przekroczyli setkę…

Niedziela   11.07.10  – „Lubię jeździć po polu”

 
Planowaliśmy wyjechać o 9 więc wstaliśmy minutkę przed 7. Rano było już tak ciepło, że niektórzy jęczeli że nie damy rady. Poszliśmy na kąpielisko z dala od pola namiotowego i normalnie umyliśmy się mydłem. Spakowałem się dosyć szybko i poszedłem przywitać Pana Lucjana, który ostatnią noc spał gdzie indziej i po prostu rano do nas przyjechał. Okazało się, że reszcie grupy wcale nie tak spieszno i planowany wyjazd przesunął się na 10. Z nudów poszedłem pływać i w wodzie spędziłem chyba z godzinę. Jedna z uczestniczek  – Magda – stwierdziła że źle się czuje od kilku dni i nie da rady dalej jechać. Mrozu odwiózł ją na stację PKP i wróciła do domu. Dziewczynki którym wczoraj nie chciało się jechać i jeszcze siedziały do późna ociągały się najbardziej, więc zwróciłem im uwagę. Niestety – jak grochem o ścianę…

Ruszyliśmy w dość zróżnicowanych grupach, ale do Sejn była dobra droga więc szybko dojechaliśmy. Koło 13 znaleźliśmy knajpkę z „domowym” jedzeniem i spędziliśmy tam kilka godzin. Mieliśmy dostęp do Internetu więc powysyłaliśmy sporo zdjęć.  Za 20 zł zjadłem obiad złożony z kaszy gryczanej, surówek i piersi z kurczaka.

Około 16 ruszyliśmy w kierunku jeziora żeby nad woda przeczekać upal. Podczas kąpieli Mrozu zgubił swoje okulary lenonki. Próbowaliśmy ich szukać, ale w miejscu gdzie je stracił było ponad 2.5m głębokości, więc nie daliśmy rady… Niedługo przekraczamy granicę i jedziemy jeszcze dziś w głąb Litwy tyle ile damy radę. Dziś nocleg na dziko…

Do granicy z nad jeziora dojechaliśmy w jakieś 20 minut. Mieliśmy po drodze fajny zjazd z górki. Rekord prędkości to 60km/h w wykonaniu Rafała. Na granicy przeżyliśmy poważne chwile grozy. Mroza zatrzymała straż graniczna i okazało się ze ma tymczasowy dowód rejestracyjny, który jakiś czas temu stracił ważność. Na szczęście Polacy go przepuścili. Musimy znaleźć tylko fax i Mrozu dostanie nowy dowód.  Jedziemy dalej. Chcemy spać nad jeziorem Dusia które leży około 30 km od granicy.

Droga nad jezioro była świetna! Asfalt, szerokie pobocze i zero samochodów;) dojechaliśmy nad jeziorko zaraz przed zmrokiem i padliśmy z wrażenia. Przed nami rozciągało się jezioro tak duże, że ledwo widzieliśmy jego drugi brzeg. Tafla wody była idealnie równa, niezmącona wiatrem. Pogadaliśmy z jakimś niby właścicielem kawałka trawy na którym chcieliśmy się rozbić i kolejny nocleg załatwiliśmy za darmo

Część ludzi się rozebrała i wskoczyła do wody, a ja z chłopakami wziąłem się za rozpalanie ogniska i dopiero wtedy poszedłem się umyć. Kiedy wyszedłem okazało się, że Mrozu zakopał się gdzieś w polu i że nie da rady sam wyjechać. Prawie wszyscy faceci pojechali go wykopywać. Ja, Super Piotr i Bartek zostaliśmy z dziewczynami. Naszych trzech ulubionych dziewczyn nadal nie było i wyglądało na to, że już się nie zjawią. Nie chciały jechać z nami więc muszą radzić sobie same..

Bartek rozpalił kamienny piec który stał kilka metrów od jeziora i w końcu wszyscy zaczęliśmy się do niego przytulać. W międzyczasie dojechały dziewczyny, które Tomek naprowadził telefonicznie.

Nad jezioro dojechaliśmy przed 22, a chłopaki wrócili z Mrozem dopiero po 2. Ponad 4 godziny siedzieliśmy głodni i zziębnięci ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Nasze kilka godzin to i tak nic w porównaniu do tego co przeżyła druga część ekipy. Szukali Mroza ponad 3 godziny, zrobili w tym czasie ponad 50km.

Na początku mieliśmy plan wstać o 4.30 ale skoro wyszło jak wyszło to śpimy do oporu i jedziemy dopiero po największym upale. Namioty rozłożyliśmy 2 metry od jeziorka na piaszczystej plaży. Pomimo ciężkiego wieczoru ogólnie jest świetnie.



Poniedziałek  12.07.10  – „Czerwona kartka”

 
Obudziła mnie około 11 mega duchota w namiocie. Wszyscy już prawie byli na nogach i odpoczywali jakby byli na wakacjach. Wskoczyłem do wody od razu po wyjściu z namiotu. Orzeźwiło mnie to lepiej niż dobra kawa 😉 przez kilka następnych godzin tylko odpoczywaliśmy…

Około 14 zrobiliśmy małe zebranie. Wzięliśmy listę osób i rozliczyliśmy się z każdym co do pieniędzy za ubezpieczenia, noclegi, zakupy itp. Pozostała jeszcze sprawa z dziewczynami które ewidentnie nie chciały się dostosować do warunków panujących na wyprawie. Stwierdziliśmy z Piotrkiem że za karę nie będą nocowały z nami w Wilnie. Ogłosiliśmy to oficjalnie przy wszystkich, ale dziewczyn zdawało się to nie ruszać. Ich sprawa.

Do 17 pakowaliśmy się, sprzątaliśmy i pływaliśmy w jeziorku. Start był bardzo trudny. Wszyscy się rozleniwili więc ciężko było ruszyć. Droga do Alytus była gorsza niż sądziłem. Na mapie wydawała się jedną z głównych a w rzeczywistości była bardzo wąska i niestety w remoncie. Plus tego był taki ze samochodów było mało. Do Alytus dojechaliśmy przed 21 i zrobiliśmy zakupy w hipermarkecie. Zanim doszliśmy do kasy było po 21, a wiec po 22 ich czasu i nie mogliśmy już kupić piwa. Dziwny kraj….

Po zakupach okazało się że Bartek nie da rady dalej jechać. Jego przerzutki w piaście nie nadawały się do jazdy pod górę i trzeba było dzwonić po samochód. Z Mrozem spotkaliśmy się jakieś 10km od Alytus . Zanim się ogarnęliśmy i ubraliśmy na wieczorną jazdę zapadła noc. Widziałem po niektórych że są zestresowani tym, że nie ma załatwionego noclegu i że tak naprawdę nie wiadomo ile będziemy musieli jechać. Było bosko! Chłodno i zero samochodów. Wszyscy jechali dużo szybciej niż normalnie. Jechaliśmy tak mniej więcej 2-3 godziny, aż ludzie nie zaczęli zasypiać na rowerach.

Mrozu znalazł nam po ciemku jakąś polankę z dala od drogi wiec cichutko na nią wjechaliśmy i jak najszybciej rozbiliśmy namioty. Poszliśmy spać dopiero około 2 a planowaliśmy wstać o 5.30.
Przejechaliśmy dziś około 85 km z czego większość w nocy.



Wtorek  13.07.10 – „Wilno zdobyte !”

Wstałem o 5.20. Pierwszy wyskoczyłem z namiotu i rozejrzałem się po okolicy która w nocy wyglądała zupełnie inaczej. Rozbiliśmy się jakieś 400 metrów od drogi po której już zaczynały jeździć samochody i 200 metrów od jakiegoś gospodarstwa. Chwilę później z chaty wyszedł Litwin i patrzył na nas dopóki nie odjechaliśmy. Nigdy się tak szybko nie zebraliśmy jak dziś. Minęło pół godziny i wszyscy zwinęli namioty. Odjechaliśmy z kilometr od miejsca noclegu i zjedliśmy śniadanie pod zamkniętym sklepem. Ludzie byli zmarnowani. Wziąłem z Piotrkiem baniak 15 litrowy z małym kranikiem i wzięliśmy 'prysznic'. Jeden trzymał baniak a drugi się myl. Reszta patrzyła się na nas dość dziwnie 🙂

Ruszyliśmy około 7. Po mniej więcej 1,5h zrobiliśmy sobie przerwę na kąpiel w jeziorku. Wszyscy byli zadowoleni że w końcu mogą się umyć. Nad jeziorem zabalowaliśmy trochę dłużej niż powinniśmy. Ruszyliśmy dalej dopiero około 10-11. Jechaliśmy kilka godzin w mocnej rozsypce aż do Trakai, gdzie znowu się połączyliśmy. Ja jechałem jakieś 2 godziny bez bluzki i kasku. Trochę się spaliłem i kręciło mi się w głowie.

Trakai to niesamowite miasto położone na cyplu wysuniętym na duże jezioro. Po środku jeziora wznosi się zamek podobny do Malborka który jest połączony mostem z reszta miasta. W Trakai poszliśmy na pizze. Wydaliśmy mniej więcej po 25 zł. Po obiedzie poszliśmy nad sam brzeg jeziora popływać. Ja jeszcze lekko zakręcony położyłem sie na chwile na trawie i otworzyłem oczy dopiero z 3 godziny później 😉 wszyscy leżeli zmęczeni i odpoczywali. Z Trakai ruszyliśmy dopiero po 17.

Droga do Wilna była podobna do tej prowadzącej z Grajewa do Augustowa. Sporo samochodów i wąskie pobocze którego musieliśmy się trzymać. Postój zrobiliśmy dopiero pod dużą tablicą z napisem Vilnius. Spędziliśmy tam z pół godziny na robieniu zdjęć i pojechaliśmy dalej. Do noclegu mieliśmy jeszcze z 10 km.

Mniej więcej po 20 minutach jazdy dopadła nas okropna burza. Z początku było fajnie jechać w deszczu. Miła odmiana po ciągłych upałach. Burza jednak tak się rozszalała, że musieliśmy poszukać schronienia. Zatrzymaliśmy się pod jakimś daszkiem i siedzieliśmy tak z pół godziny. Ruszyliśmy dalej dopiero gdy pioruny nad nami przestały szaleć. Po mniej więcej godzinie kręcenia się po mieście dotarliśmy na nocleg. Gps w telefonie to jest jednak to… Bez niego zgubilibyśmy się chyba z 5 razy.

Naszym miejscem noclegowym było polsko – litewskie gimnazjum im Jana Pawła II . Na miejscu przywitał nas ksiądz z grupą oazową z Polski i oprowadził nas trochę po budynku. Dostaliśmy dwa hole na których mogliśmy się rozłożyć. Kobiety i faceci spali oddzielnie. Wszyscy zaczęli się rozpakowywać i czym prędzej biec pod prysznic.

Wykąpaliśmy się wszyscy i poszliśmy przed szkołę na kolację. Były gratulacje, wspominanie najfajniejszych akcji itp… Atomówki prosiły żeby się zatrzymać jeszcze jedną noc z nami bo nie miały gdzie spać. Zgodziliśmy się.

Przejechaliśmy tego dnia około 90 km. Osiągnęliśmy cel ! Zdobyliśmy stolice Litwy ! Przejazd z Pruszkowa do Wilna zajął nam 7 dni w ciągu których przejechaliśmy ponad 600 kilometrów. To była niezła przygoda a plany na przyszła wyprawę Open zapowiadają się jeszcze ciekawiej;)

Dziękujemy wszystkim uczestnikom wyprawy i osobom dzięki którym ten wyjazd się odbył!
 
Chcemy podziękować wszystkim którzy udostępnili nam darmowe noclegi! Władzom lokalnym i prywatnym właścicielom campingów.
Naszemu Kierowcy Adamowi, za cierpliwość i zaradność.
Wszystkim mediom, które pomogły nam nagłośnić naszą akcję
Naszym sponsorom, którzy sprawili, że akcję można było zorganizować w łatwiejszy i bezpieczny sposób
Policji i Straży Miejskiej za bezpieczne pilotowanie nas ulicami Pruszkowa.
 
Wszystkim osobom które wpierając naszą inicjatywę przelały pieniądze dla Leszka.

Akcja Pedałujesz Pomagasz ma dwa etapy – Pedałujesz się powiódł, dojechaliśmy ale etap Pomocy cały czas trwa i od was zależy jego sukces.
Całkowity sukces możemy osiągnąć tylko wspólnie!

  •  
  •  
  •  
  •   
  •  
  •  

Byłeś świadkiem wypadku? Stoisz w gigantycznym korku? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie? Poinformuj o tym innych mieszkańców Pruszkowa, Grodziska i okolic. Przesyłaj zdjęcia i informacje do redakcji WPR24.pl na adres e-mail: kontakt@wpr24.pl lub SMS i MMS pod nr tel. 600 924 925.